LET'S GROW TOGETHER
06. 07. 2021

Od wiosny do jesieni

Sezon 2019 minął niezmiernie szybko, chyba za szybko. Przyniósł wiele niezapomnianych przygód, po które ruszyliśmy na południe. Od wiosny do jesieni, bo przeważnie tyle czasu większość z nas spędza na gonitwie za karpiami. Celowo pominę w tej opowieści okres lata, a to dlatego, że nie jestem w stanie wyekstrahować wszystkiego w jednej pigułce. Robię to też dlatego, ponieważ opowieść dotyczy jednej z najbardziej rozpoznawalnych wód na naszej mapie marzeń o największych karpiach, węgierskie łowisko pod Balatonem – EURO AQUA.

Od momentu kiedy woda za pośrednictwem Arka Kraszewskiego otworzyła się na karpiarzy z Polski w roku 2018 r. już kilkukrotnie gościła naszych rodaków. Wraz z Darkiem na 2019 r. zaplanowaliśmy aż dwie sesje, żeby zwiększyć swoje szanse na spotkanie z największymi ich mieszkańcami, jak również lepiej poznać wodę, która nie należy do wód łatwych. Zresztą nie należę do ludzi twierdzących, że wystarczy być nad wodą z dużymi rybami żeby je złowić. Na pewno należy być tam gdzie są największe karpie, by mieć szanse na ich branie. Wiele lat nad europejskimi łowiskami nauczyło mnie wielkiej pokory i cierpliwości. Czasami do szczęścia potrzeba więcej czasu.

              W kwietniu byliśmy bardzo wygłodniali, czas spokojnej zimy minął leniwie. Z racji tego, że w ramach licencji mieliśmy zagwarantowane wyżywienie, notabene bardzo smaczne, oraz zanęty na miejscu (ziarna i kulki) przygotowania dotyczyły głównie akcesoriów zestawów końcowych.

Przybyliśmy w niedzielę wieczorem do hotelu nieopodal łowiska, ponieważ chcieliśmy się wyspać i odpocząć po podróży by o poranku zameldować się na Euro Aqua. Łowienie zaczyna się od poniedziałku i kończy w niedzielę. Sen był niespokojny, bo przelatujące myśli i emocje brały górę.

Serdecznie przywitani przez właścicieli, wypełniliśmy druki licencji i udaliśmy się na stanowisko nr 3. Na każdym ze stanowisk dwie platformy, gwarantowały pełną swobodę. Przystąpiliśmy do sondowania miejscówek. Darek łowiący po lewej stronie miał płytsze miejsca o około 0,5 m w stosunku do miejsc po mojej prawej stronie. Ustawiliśmy markery i obficie zanęciliśmy. Uwierzcie mi, że pisząc obficie mam na myśli 50 kg konopi, 50 kg pszenicy i 10 kg kulek – tak na dzień dobry.

Kolejne etapy dobrze znane każdemu z nas, czyli ogarnięcie obozowiska i przygotowanie sprzętu. Zwisające kulki na włosach i odmierzone dystanse by jak najdokładniej umieścić zestawy w naszych miejscówkach. Tutaj branie, pojedyncze piii, naprawdę wyrywa z butów. Unosi się w powietrzu, nuta permanentnej ekstazy. Już pierwsze emocje wieczorem otworzyły worek z rybami. Darek wyciągnął pierwszego amura 20+. Po sprawnym ważeniu szybko wypuściliśmy rybę i położyliśmy się spać. O poranku pojedynczy pik na jednym z sygnalizatorów kumpla, a my już przy statywie. Ryba bardzo równo przepłynęła w lewą stronę nie dając się podciągnąć nawet o centymetr. Dodam, że po lewej stronie znajdowała się niewielka wyspa z kilkoma drzewami. Odetchnęliśmy z ulgą kiedy kilka metrów od zawad odbiła. Każde jej kołowanie pozwalało skracać dystans między kołowrotkiem a hakiem. Po 20 minutach mieliśmy ją już w zasięgu podbieraka, ale cały czas poruszała się przy dnie. Równe zrywy napawały nas przekonaniem, że jest to waga ciężka. Nie myliliśmy się, ponieważ wreszcie karp wynurzył się majestatycznie na powierzchni, a ja sprawnym ruchem ręki podebrałem jego ogromne cielsko. Darek roztrzęsiony pobiegł po wagę i wskoczył w spodniobuty. Przy tych rozmiarach szczególnie musimy uważać by nie narażać ryby na urazy mechaniczne. Ważenie i jeeest. Nowy PB 32+.

Sesja w wodzie, szampan i polewanie wodą. Niesamowity lustrzeń. Gratulacje od znajomych i chwilą na wystudzenie emocji. Nie minęła godzina, a tu kolejne branie. Tym razem, mniejsza ryba, ale jakże waleczna i ten uśmiech Darka – bezcenny. A u mnie cóż. Milczenie delkimów. Jak wspomniałem dzielnie i pokornie starałem się robić wszystko zgodnie z wcześniej przyjętą taktyką. Mijały kolejne doby. Kolega zaproponował, żebym wcisnął jeden z zestawów pomiędzy jego kije. Średnio 3 ryby na dobę sugerowały, że wolą miejsca z niewielką ilością namułku. Miejsca takie znajdowały się pomiędzy lewym markerem a wyspą. Codziennie dosypywaliśmy porcję zanęty o jednej porze, przeważnie około godziny 15.00 tuż po obiedzie. Około czwartku po jednym z takich nęceń u  Darasa kolejne branie i kilkunastominutowy delikatny hol dający mu kolejną rybę, tym razem 25 plus.

W piątek rano zostałem poproszony o konsultację przez właścicieli. Zabrali mnie w nowe miejsce, gdzie przygotowują kolejną wodę pod łowisko wędkarskie. Rozmawialiśmy o potencjale miejsca, żywieniu ryb pelletem na etapie przygotowania nowych mieszkańców, gospodarowaniu wodą. W perspektywie czasu wiem, że pojawi się ona na mapie wśród perełek z olbrzymami. Ściśle dobrana selekcja osobników użytych do tarła, odpowiednie ich żywienie to klucz do osiągnięcia w dość krótkim czasie niesamowitych przyrostów ryb. Niewielu zdaje sobie sprawę jak wielką pracę trzeba wykonać i jak wielkie nakłady finansowe trzeba ponieść by zaspokoić coraz większe oczekiwania i aptetyty karpiarzy. Samo Euro Aqua powstało w latach 90 tych, a jego wielki boom miał miejsce 10 lat temu. Od tego czasu wiele się zmieniło. Trzeba mieć świadomość, że kolejne generacje ryb muszą być w zapleczu prowadzących łowiska. Czasami zarybianie największymi rybami nie jest efektywne. Lepiej wychodzić z założenia, że przy odpowiednim programie produkcyjnym wyjdziemy z niższego progu wagowego co w perspektywie czasu da nam lepsze wyniki. Obserwuję to od wielu lat, szczególnie od dwóch. Wiele łowisk idzie w tym kierunku i cieszy mnie to bardzo. A was powinno to cieszyć przede wszystkim.

Po powrocie nad EA, akurat trafiłem na moment kiedy to Darek dołowił kolejną rybę blisko 30 kilogramową. Wow. Wiem, że się powtarzam, ale u mnie bez zmian, czyli na koncie zero. Po zrobieniu zdjęć, zabrałem się za refresh swoich zestawów. Rzuty w okolice mojego markera. Może minęło kilkanaście minut i słyszę dźwięk mojego sygnalizatora. Nie dowierzałem własnym oczom, a raczej uszom. Podbiegłem do wędki i uniosłem ją w pion. Poczułem jednostajny opór ryby, która ruszyła przed siebie. Nie mogłem jej zatrzymać i nawet nie usiłowałem w pierwszej fazie holu. W pewnym momencie przestała płynąć. W momencie kiedy zacząłem delikatnie ją ściągać do siebie poczułem luz. Hm. Po pięciu dniach bez brania to niezły motywator. Przyczyną okazał się włos, który zawinął się wokół haka i automatycznie sprawił, że ryba wypięła się. Zamiast rozkminiać sytuację szybko zrobiłem korekty i zestaw wrócił do wody. Wieczorem mam znowu branie. Już po kilku minutach rozpoznaję charakterystyczne zachowanie ryby. Postawiłem na amura. Miałem rację. W świetle latarki zobaczyłem długą torpedę. Przygotowałem się na jego standardowe odjazdy. Bardzo uszczęśliwił mnie widok pierwszej ryby tej sesji w podbieraku. Ważenie i jest nowe PB 24+. Jeszcze tylko karp, ten karp ze snów i będę kompletny – pomyślałem. Rankiem obudzony przez ptaki witające pierwsze promienie Słońca otworzyłem oczy i udałem się na spacer w kierunku mojej platformy. Spoglądałem na wodę i obserwowałem ślady żerowania ryb. Kiedy zrobiłem dwa kroki w kierunku namiotu zamurował mnie pojedynczy pik. I jak w slow motion. Wyciągnąłem rękę w stronę wędki i nawiązałem kontakt z rybą. Już od samego początku wiedziałem, że mam wielką sztukę. Kilkukrotnie poczułem jak żyłka przeskakuje po płetwach. Takie momenty sprawiają, że włosy stają mi dęba. Podobnie jak przy rybie Darka, mój karp ostatnio fazę holu spędził przy kołowaniu wzdłuż platformy.  Najbardziej emocjonujący moment miał miejsce tuż przed podebraniem. Ryby wynurzyła się na powierzchnię, po czym ruszyła z całym impetem pod pomost. Na szczęście Daras zdążył założyć mu okno i karp wpadł w pułapkę. Szybkie ważenie i jeeeest. Ogromna radość, bo wskazówka otarła się o 31 kg.

Po wielu wyjazdach, przygodach, naprawdę czekałem z wytchnieniem na wisienkę do tortu moich przygód z karpiami. W takich momentach radość miesza się ze łzami. Cierpliwość, pokora i konsekwencja nadaje temu innego smaku.

Obydwoje patrzyliśmy na kolejną jesienną sesję z ogromnymi nadziejami. Koniec października, to samo stanowisko i wygłodniałe karpie zbierające zapasy na czas zimy. Hehe. No tak, prosto napisać lub powiedzieć, a realia czasami bywają zgoła odmienne.

Po letniej przerwie łowisko zostało otwarte we wrześniu. Ze względu na wysokie temperatury panujące w tej części Europy, właściciele zawsze wyłączają ten okres z wędkowania na swoim łowisku. Nie dotyczy to tylko połowów sumów, osiągających tam podobnie jak karpie ogromne rozmiary. Z informacji jakie uzyskaliśmy na miejscu dowiedzieliśmy się, że latem złowiono tam kilka ryb powyżej 100 kg. Czas ostatnich dni lata i początek jesieni spędziliśmy na obserwacji profilu łowiska. Odliczaliśmy kolejne dni do wyjazdu. Ta jesień miała być szczególna ze względu na to, że po nas miały siąść na stanowisko nr 3 kolejne ekipy z Polski. Tydzień po tygodniu. Jeszcze więcej szans i możliwości.

Przybyliśmy w bardzo dobrych nastrojach. Jak z nut przygotowaliśmy elementy składowe puzzli naszej zasiadki, by móc umieścić zestawy  w wodzie z gigantami. Woda miała jeszcze 16 stopni. Dało nam to do myślenia. Czyżby nie za wcześnie? Czy odpalą? Im większe ryby tym krótszy czas ich żerowania, im większe ryby tym bardziej podatne na wszelkie zmiany pogody. Do tego żar z nieba, który w Słońcu sięgał ponad 35 stopni. Koniec października a tu taka lampa. Zero zmarszczek na wodzie. To wszystko razem spowodowało, że ostudziliśmy swoje oczekiwania. Ta sesja układała się zupełnie inaczej, tym razem moje miejsce po prawej stronie zaczęło pracować. W nocy złowiłem amura z dwójką z przodu. Mam do nich szczęście 😉. Podobnie jak na wiosnę po złowieniu amura i zarazem pierwszej ryby zasiadki, pomyślałem jeszcze sobie, że jeszcze zacny karp do kompletu i jestem w pełni szczęścia. Drugiego dnia dostaliśmy zdjęcia od kolegi Petera z Austri łowiącego na 8 mce, a na zdjęciach piękny karp, którego złowił rankiem o masie 35 +. Pogratulowaliśmy mu podczas obiadu wspaniałej ryby. Jeśli chodzi o Petera, bardzo miłego człowieka, to jeździ nad Euro Aqua od ponad 15 lat. Co roku przyjeżdża wiosną i jesienią na trzytygodniowe sesje. Oglądając jego katalog z pięknymi karpiami nie sposób się nie zapowietrzyć. Łowi tylko w dzień ze względu na wiekowych rodziców, którymi opiekuje się cały czas. Jest to wzruszający obraz, który daje wiele do myślenia. Szacunek i godna naśladowania osoba w relacjach z najbliższymi. Jest też otwartym człowiekiem, dzielącym się swoimi spostrzeżeniami i doświadczeniem z nad wody. Z tego miejsca serdecznie go pozdrawiam i mam nadzieję na kolejne wspólne spotkanie.

Na stanowisku obok mieliśmy karpiarzy z Włoch, którzy po raz pierwszy przybyli na tę wodę. Wieczory na wspólnych rozmowach umilały nam czas w oczekiwaniu na jesienne giganty. Często znajomości zawierane nad wodą trwają przez kolejne długie lata.

Uśmiechałem się do siebie, kiedy kolejne ranki były bez odnotowanych brań. Tylko pojedyncze ryby w ciągu dnia między 12-16 kg, zarówno u mnie jak i Włochów. Darek bez ryby.

Zbliżał się koniec naszego wypadu. Nauczony wiosenną lekcją do końca utrzymywałem Darka i siebie w pełnym optymizmie pomimo tego, że znaki na niebie wskazywały na to, iż nie będzie to sesja roku. W sobotę gorąca informacja ze stanowiska nr 5. Anglicy złowili w nocy karpia pełnołuskiego o wadze 36 kg. Przesłaliśmy gratulacje. My zaś powoli zaczęliśmy ogarniać stanowisko, by na niedzielę zostały tylko namiot i wędki do zwinięcia. Noc nie pozostawiła złudzeń. Bardzo dużo spokojnego snu mieliśmy tej jesieni nad wodą, bardzo dużo.

Prognozy pogody po naszym wyjeździe przyniosły nad łowisko ochłodzenie i zmianę pogody. Deszcz i wiatr otworzył zasiadkę Andrzeja Grygorowicza i jego towarzysza. Dzień w dzień mieliśmy gorącą linie rozmawiając na temat tego co dzieje się na łowisku. Pierwsze dni dały chłopakom pięknego karpia lustrzenia 26 plus. Kolejne jednak były mniej łaskawe. Podobnie jak na zasiadce mojej i Darka tylko pojedyncze mniejsze ryby. Część zbiornika, w której łowiliśmy była trochę głębsza i ryby zdecydowanie pojawiały się częściej płytszej na stanowiskach 4 i 5. Czesi złowili mnóstwo ryb w tym ogromnego lustrzenia o wadze ponad 38 kg. Po powrocie Andrzeja z nad Euro Aqua rozmawialiśmy dość długo i wiem, że jeszcze chce wyrównać rachunki nad tą wodą. Życzę mu kolejnej ryby 40 plus na rozkładzie i kolejnych sukcesów.

Zmiennikiem chłopaków był Arek Kraszewski – właściciel firmy Easy Fishing, który w ciasnym grafiku swoich intensywnych wyjazdów, znalazł miejsce by spróbować już po raz trzeci swoich sił nad tą wodą. Dwa tygodnie zimnej aury odczarowały stanowisko nr 3. Arek rozpoczął od przepięknie ułuszczonej ryby 27 kg. Kolejny karp nagiął wskazówkę na 25 kg. Jednak prawdziwy rodzynek odwiedził go ostatniej nocy. Tym razem waga pokazała 32,5 kg. Podczas ich zasiadki a raczej w drugiej jej połowie cała woda odpaliła na dobre. Na stanowiskach 4 i 5 złowiono kilka ryb 30 + i kilka ryb 40 + w tym prawdziwego giganta 48 kg. Im zimniej tym coraz więcej zdjęć z olbrzymami pojawiło się na profilu łowiska. Między innymi ze stanowiska nr 3. Mojego ulubionego jeśli można tak powiedzieć. Córka właściciela złowiła karpia o masie 41 kg, stając się przy tym kobietą, która złowiła największego karpia. Jej chłopak Michael również łowca Rekordu Świata o masie 51,2 kg dorzucił do tego kilka wspaniałych ryb. Co za woda, co za ryby. Mam nadzieję, że wrócimy tam liczniej w kolejnych latach i zapiszemy się na ścianach czasu jako łowcy największych karpii na Świecie. Przed nami kolejny sezon, kolejne pory roku nad wodą. Cytując Marka Grechutę „Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy…”